Wywiad z Andreasem Wilhelmem, autorem "Projektów"
Skąd pomysł na serię powieści „Projekt...”?
Już od wczesnej młodości interesowałem się innymi krajami, zaginionymi kulturami, a przede wszystkim archeologią i historią. I kiedyś w mojej głowie zrodził się pomysł napisania pewnej przygodowej opowieści związanej z tą tematyką. Miało być o Atlantydzie i jej zaginionych archiwach wiedzy. Ale że sama historia była po prostu zbyt obszerna i za bardzo zakrawała na fantastykę, postanowiłem, że te poszukiwania prapoczątków rozkręcą się bardzo powoli i „niewinnie”, czyli w średniowieczu, gdzieś na południu Francji. Kolejny etap nastąpi w Egipcie, a dopiero potem, gdy czytelnicy przywykną do bohaterów, do ich sposobu bycia i traktowania siebie nawzajem, oraz do idei prapoczątku wszystkich kultur z domieszką lekko fantastycznych elementów, wreszcie wyczaruję samą Atlantydę.
W jaki sposób gromadził Pan materiały do książki?Z biegiem czasu naczytałem się tylu książek tematycznych i naoglądałem tylu dokumentacji, że wszystko to zapełniło moją głowę i regały z książkami. To oczywiście za mało do napisania powieści, ale na tyle dużo, aby zaczerpnąć inspiracji. Kiedy człowiek pisze, to musi przeprowadzić jeszcze większy research, musi raz jeszcze dokładnie przeczytać te książki, no i przede wszystkim są mu potrzebni eksperci, którzy potrafią odpowiedzieć na specjalne pytania.
Jest Pan moderatorem forum historycznego. Czy dyskusje na nim prowadzone wniosły coś do serii „Projektów...”?Jest takie forum dla pisarzy, gdzie autorzy wymieniają się uwagami na temat warsztatu pisarskiego i samej branży. Ja podczas pisania nie zamieszczałem żadnych pytań na tym forum, ani nie poszukiwałem pomocy w konkretnych kwestiach. Ale samo śledzenie codziennych dyskusji prowadzonych przez około 350 osób sprawiło, że całkiem sporo rzeczy utkwiło mi gdzieś w podświadomości i wpłynęło na moje pisanie.
Czy lubi Pan powieści Dana Browna? Jaki jest Pana stosunek do jego pisarstwa?Przeczytałem tylko jedną powieść Dana Browna, mianowicie „Anioły i demony” (która na rynku niemieckim wyszła pod tytułem „Illuminati”), i nie przypadła mi do gustu, bo była zbyt sensacyjna. Książka za bardzo przypominała mi tradycyjną sensację w stylu Jamesa Bonda. Poza tym opisy Watykanu sprawiły na mnie wrażenie, jakby wyszły spod ręki prostego, ogarniętego podziwem turysty z USA; brakowało im naturalności i emocjonalnego powiązania z historią Europy sprzed wieków. Dan Brown potrafi w spektakularny sposób na nowo zmitologizować tematy, z którymi osoba interesująca się historią od dawna jest za pan brat, toteż stają się one ciekawe także dla ogółu. A porządna dawka hollywoodzkiej sensacji działa tu jak wzmacniacz smaku. Słyszałem, że jego ostatnia powieść ma być nieco bardziej refleksyjna. Chciałbym to sprawdzić, gdy nadarzy się okazja.
Stworzył Pan strony internetowe promujące kolejne części trylogii o Babilonie, Sakkarze oraz Atlantydzie. Czy Pana zdaniem Internet może stanowić dla współczesnego pisarza źródło inspiracji i kopalnię wiedzy? I czy można mówić o rzetelności tego źródła? A może stanowi sporą konkurencję dla książki drukowanej?
Niewątpliwie Internet jest bardzo pomocny jako źródło inspiracji. Również jako szybkie źródło informacji nie ma sobie równych. Jednak nie chciałbym określać Internetu jako skarbnicy wiedzy. Nie cała wiedza świata daje się odszukać w Internecie i nie wszystko, co tam się znajdzie, można uznać za miarodajne. Aby dało się ocenić jakość informacji z tego źródła, czasami konieczna jest wiedza ekspertów. Wtedy może pomagać to, że Internet wskazuje relacje, powiązania między różnymi tematami, miejscami i osobami. Możliwe jest znalezienie dróg, którymi należy podążać,
a także znalezienie ekspertów, z którymi warto nawiązać kontakt. Bo właśnie w Internecie znalazłem tych wszystkich specjalistów, których udało mi się trochę pomęczyć moimi pytaniami.
Jaki jest najciekawszy komentarz internautów lub list od czytelników na temat Pana powieści?O, sporo jest takich recenzji. Co ciekawe, reakcje na moje książki bywają bardzo różne. Niektórzy czytelnicy mają szczególne upodobanie do tych niewielkich intelektualnych i filozoficznych dygresji, inni z kolei preferują fragmenty dające więcej emocji. Niektórzy lubią historie o tajnych stowarzyszeniach ze średniowiecza, inni znowu preferują Egipt, a jeszcze inni cenią sobie współczesność i technikę z powieści o Atlantydzie. Zatem dla każdego coś miłego.
Ogromnie spodobała mi się ocena, jaką wystawił Imre Török, prezes Niemieckiego Stowarzyszenia Pisarzy i mój dobry przyjaciel. Przedstawił on pogląd, iż moje książki są nacechowane głębokim humanizmem i że gdzieś w tle słychać głosy Sokratesa i Platona, starożytnych mistrzów sztuki zadawania pytań. To spostrzeżenie bardzo mną poruszyło. Bo ja naprawdę staram się pisać coś więcej, aniżeli płytkie historie przygodowe. I jeśli nawet owe podteksty nie zostaną wychwycone przez każdego czytelnika, to przecież esencją tych powieści jest nasze postępowanie z wiedzą i odpowiedzialnością. Zatem gdy czytelnicy zabierają głos nie tylko w kwestii szczegółów akcji, ale również tych podtekstów, to wtedy moja radość jest ogromna.
Skąd pomysł, aby z Marcina Lutra zrobić strażnika tajemnej wiedzy? Otóż w powieści „Projekt Babilon” chodzi o to, że te niezliczone tajne organizacje i ezoteryczne koła powstałe po epoce średniowiecza w Europie podtrzymują o sobie takie mniemanie, że są w posiadaniu wiedzy i prawdy. Powstało przy tym całe mnóstwo najbardziej absurdalnych historii, które po części przeczą sobie nawzajem. I właśnie jedną z takich typowych zmyłek jest mit, że za postacią Marcina Lutra skrywał się kabalista. Pod koniec powieści widać już wyraźnie – nieważne, czy to prawda i nieważne, czy chodzi tam o dziedziców Jezusa – że wszystko to nie ma nic wspólnego z faktycznym prapoczątkiem wiedzy, a cała książka sama w sobie jest jedną wielką zmyłką, zaś właściwe rozwiązanie zostaje znalezione przez bohaterów dopiero w trzeciej części trylogii. Niektórzy czytelnicy pierwszej części brali mi za złe tę grę, bo spodziewali się powieści w stylu Dana Browna, w której takie stowarzyszenia naprawdę istnieją, a za wszystkim kryją się ci „źli”. Tymczasem ja w swojej powieści wydobywałem na światło dzienne coraz więcej takich tajnych stowarzyszeń, gmatwałem akcję coraz bardziej, a na koniec wszystkie z nich strąciłem z piedestału. Uznałem, że była to świetna zabawa, ale co zrobić, gdy nie wszyscy podzielają moje poczucie humoru.
Może uchyli nam Pan rąbka tajemnicy o sprzedaży praw do sfilmowania Pańskich powieści?O, tu nie ma aż tak wielu tajemnic do zdradzenia. Prawa do ekranizacji pierwszej części trylogii, czyli „Projektu Babilon”, zostały sprzedane naprawdę bardzo szybko po publikacji książki. To ma być produkcja telewizyjna. Tymczasem minęło parę lat, prawa były kilkakrotnie przedłużane. Pierwszy scenariusz został odrzucony przez kierownictwo stacji telewizyjnej, więc teraz trwają prace nad drugą wersją. Ale czy kiedykolwiek zostanie uruchomiona produkcja, tego nie wiem. Szanse na sfilmowanie zawsze są małe, a kryzys gospodarczy na pewno nie ułatwia sprawy.
Ile czasu zabiera Panu napisanie jednej, tak bogatej w wątki i wydarzenia, książki? Który etap pracy trwa dłużej: zbieranie materiałów i tworzenie planu czy też samo pisanie?Trudno oddzielać jedno od drugiego. Najpierw musi pojawić się pewien pomysł, zanim człowiek zabierze się za gromadzenie materiałów. A przy poszukiwaniu informacji cała intryga rozbudowuje się coraz bardziej. Dla powieści „Projekt Sakkara” zagrzebałem się w egiptologii na jakieś sześć miesięcy, dopóki nie zebrałem dość informacji, aby sporządzić porządny storyboard, czyli takie rozrysowanie poszczególnych scenek. A potem pisałem przez mniej więcej rok, jednak w tym czasie raz po raz dodawałem nowe szczegóły i wypytywałem ekspertów.
Premiera „Projektu Atlantyda” w Niemczech odbyła się w lutym tego roku (2009). Nad czym Pan obecnie pracuje?Właśnie piszę całkowicie nową powieść. To thriller naukowy, w którym chodzi o nielegalne eksperymenty medyczne. Akcja powieści toczy się w Hamburgu i brazylijskiej dżungli, pojawiają się tajne laboratoria, bezwzględni naukowcy, są strzelaniny, potworne eksperymenty na ludziach i stworzenia-mieszańce powstałe z ludzi i zwierząt... To będzie naprawdę paskudne i krwawe książczysko. Możliwe, że po jej lekturze przejdzie wam ochota na zajadanie się wieprzowiną.
Kobiety w pańskich powieściach są niezwykle wyraziste, ale i tajemnicze. Skąd taka znajomość psychiki kobiecej?Czy znam kobiecą psychikę? Nie jestem taki pewny. Wiem jednak i czuję, że kobiety myślą inaczej, odczuwają inaczej i kierują się innymi pobudkami. Jako że ja sam nie jestem kobietą, to i same kobiety częściowo pozostaną dla mnie pewną tajemnicą – ale w pozytywnym sensie. W wielu regionach Azji panuje pogląd, że mężczyźni zajmują się działaniem, a kobiety odpowiadają za mądrość, i że obie płcie mają się wzajemnie uzupełniać. Uważam, że to bardzo piękna idea. Jakkolwiek obie główne postacie w moich powieściach są mężczyznami, to dla mnie istotny był fakt, że kobiety jednak przez cały czas odgrywają ważną rolę, i że te wszystkie żeńskie postacie są osobowościami o silnym charakterze – może nie zawsze nieskazitelnym pod względem moralnym, ale zawsze silnym.
Ma Pan w domu dużo zwierząt: koty, psy, jaszczurkę, patyczaki i inne. Jak Pan sobie radzi z taką dużą czeredką?Właściwie to tylko pies jest „mój”, a kot „należy” do mojej żony. Ale potem przybył nam jeszcze jeden kot, zaś dzieciaki chciały mieć króliki i jaszczurki, no więc..., tak to właśnie bywa. Niemniej ja sam tak naprawdę troszczę się tylko o psa, i tyle wystarczy, bo naprawdę dużo z nim roboty.
We wczesnej młodości wiele Pan podróżował. Czy zainteresowania historyczno-archeologiczne to pokłosie tych podróży?O tak, absolutnie, te lata odcisnęły na mnie silne piętno. Kiedy człowiek dorasta za granicą, w różnych krajach, wtedy uczy się, że świat jest większy niż własna ojczyzna, że historia świata też jest bogatsza niż zasoby muzeum we własnym mieście. Człowiek uczy się pokory, szacunku, poznaje nowe perspektywy i mentalności.
Czy lubi Pan filmy z Indianą Jonesem?
O tak, bardzo. Nacechowany absurdem i przygodą, krotochwilą, a przede wszystkim autoironią. Nie lubię, gdy filmy, książki czy sami ludzie tak strasznie się puszą i zgrywają na powagę.
Co Pan sądzi o Polsce i polskich czytelnikach? Miał Pan z nimi jakiś kontakt? Czy zna Pan jakieś słowo po polsku? Niestety, jak dotąd nie miałem z Polską żadnego kontaktu. Wiem, że to wielki kraj, z długą historią i kilkoma wspaniałymi historycznymi miastami, ale jak dotąd jeszcze tam nie byłem.
Postacie głównych bohaterów trzech pańskich powieści są mocno zróżnicowane. Czy któraś ma przynajmniej w części Pana cechy? Jeśli tak, to które?
Trudno powiedzieć, bo w każdej wykreowanej przeze mnie postaci niewątpliwie jest jakaś cząstka mnie. Ja sam jestem człowiekiem bardzo rzeczowym, analitycznym i myślącym logicznie, więc w tym układzie chyba postać Petera byłaby podobna właśnie do mnie. Bardzo chciałbym posiadać taką wiedzę jak on. Jednocześnie bywam uparty i lekceważę autorytety, nie mogę po prostu ścierpieć, gdy inni próbują dyktować mi, co mam robić, a czego nie. I pod tym względem trochę przypominam Patricka, przy czym ja sam chętnie byłbym czasem równie bezczelny i obcesowy jak on – ale na takie zachowanie nie mam w sobie dość zarozumiałości.
We wszystkich trzech powieściach dziękuje Pan za pomoc i cierpliwość swojej rodzinie i docenia Pan jej rolę w swoim życiu. Dlaczego główne postacie w pana powieściach (zarówno męskie, jak i kobiece) nie mają rodziny? Przypadek czy celowa kreacja?To faktycznie wynika z przyczyn organizacyjnych. Wysyłam swoich bohaterów na ekspedycje po całym świecie, nieraz na całe tygodnie. W pierwszej wersji powieści Peter miał żonę, ale potem musiałem zbyt dużo wyjaśniać, jaki jest ten ich związek, jak oni się dogadują ze sobą, co dzieje się podczas jego nieobecności w domu, co dzieje się po powrocie z podróży itd. To było uciążliwe i niczego nie wnosiło do historii. Ta sprawa miała się zupełnie inaczej w przypadku porucznika Waltersa w powieści „Projekt Atlantyda”: on miał rodzinę, co było o tyle istotne, że musiało stać się jasne, iż człowiek ten był nie tylko żołnierzem, ale również mężem i ojcem, i że jako taki miał podjąć inne decyzje i zastanowić się nad kwestią odpowiedzialności. To był jeden z decydujących wątków w książce.
Czy może pan wymienić trzy cechy, które uważa Pan za najważniejsze w kobiecie?Myślę, że współczucie i empatia u kobiet są często o wiele mocniej wykształcone, aniżeli u mężczyzn. Ta cecha jest dla mnie czymś bardzo ważnym i dobrym.
Których kobiecych cech Pan zdecydowanie nie lubi?Nie ma takich cech. W każdym razie żadnej, o której mógłbym pomyśleć, że to typowo babska cecha.
Co pan sądzi na temat prapoczątków, nie jako autor powieści, ale jako człowiek? Czy możliwe jest, że ludzkość otrzymała z zewnątrz coś, co moglibyśmy nazwać „archiwum wiedzy”, rodzaj pakietu danych, który pozwolił pokierować rozwojem naszego gatunku?To fascynująca myśl, nieprawdaż? Istnieje aż nadto religijnych, naukowych i pseudonaukowych nurtów reprezentujących pogląd, że życie zostało stworzone za sprawą jakichś sił z zewnątrz – przez Boga, inteligentnego projektanta czy przez inną moc pozaziemską. Albo że (przynajmniej) pojedyncze skoki kulturowe i ewolucyjne dokonały się za sprawą obcej interwencji, tak jak to pokazuje modelowy przykład z filmu „Odyseja kosmiczna 2001” Stanleya Kubricka. Uważam, że taki eksperyment myślowy dostarcza mnóstwa emocji. Jako nie-naukowiec ośmielam się twierdzić, że to jest przynajmniej w takim samym stopniu nieprawdopodobne, jak myśl, iż wszystko wyewoluowało na bazie przypadku bądź selekcji naturalnej, aczkolwiek na ten temat nie mam definitywnej opinii.
Czy woli Pan kuchnię francuską od niemieckiej? Można powiedzieć, że sugerują to wszystkie trzy powieści.Kuchnia francuska jest mi bardzo w smak, bowiem jest o wiele bardziej finezyjna, aniżeli tradycyjna kuchnia domowa z Niemiec. Ale ja zasadniczo jadam bardzo chętnie i wszędzie znajdę coś, co mi zasmakuje – we Francji i Niemczech zjem tak samo dobrze, jak w Hiszpanii, Portugalii, Afryce czy Australii.
Gdyby przeżycie którejś z trzech opisanych przez Pana przygód było możliwe, który z projektów Pan by wybrał i jakie postacie spośród stworzonych przez pana bohaterów literackich zabrałby Pan ze sobą?
Trudno orzec. Zapewne za najbardziej emocjonującą można tu uznać przygodę z Atlantydą, jednak ja sam – podobnie jak Peter – czułbym się bardzo nieswojo, gdybym miał wdzierać się w morskie głębiny na pokładzie takiej bardzo ciasnej łodzi nurkowej. Gdybym miał wybierać, to preferowałbym przygodę z Sakkarą.
A gdyby miał Pan zabrać trzy osoby znane Panu osobiście? Kto by to był?Na pewno zechciałbym zabrać ze sobą rodzinę, aby również moi bliscy mieli okazję poznać te wszystkie kraje, kultury i cuda.
Czy poza polskim, Pana powieści były lub są tłumaczone na inne języki? Czy śledzi Pan ich losy w krajach, w których zostały wydane?O tak, moje książki przetłumaczono na wiele języków obcych. Między innymi są przekłady na niderlandzki, czeski, hiszpański, rosyjski i jeszcze na kilka innych języków. Jednak nie wiem, niestety, na ile dobrze powieści te przyjęły się w innych krajach.
Jaki jest pana prywatny stosunek do ezoteryki? Czy sądzi pan, że jest w tym trochę prawdy?Jak już napisałem, jestem człowiekiem bardzo rzeczowym. I nie jestem wierzący. Ale to nie znaczy, że nie zdobywam się na refleksje o religii, filozofii czy ezoteryce. Obserwuję wszystko z pewnego dystansu i czynię własne przemyślenia, jednak nie skłaniam się ku poglądowi, że to my, ludzie, z tym, co posiadamy, jesteśmy wszystkim, że tkwi w nas wszelka moc i wszelki potencjał. Nadal w niewielkim stopniu rozwinęliśmy zarówno wiele z naszych zdolności intelektualnych, jak i naszą moralną integralność. I być może właśnie ta niedoskonałość jest tym czymś, przez co jesteśmy tacy ludzcy i warci miłości.
ANDREAS WILHELMUrodził się w 1971 roku w Solingen. Wraz z rodzicami mieszkał w Republice Południowej Afryki, Szwajcarii, Nigerii i Portugalii. Po maturze przeprowadził się do Hamburga, gdzie wkrótce zaczął kierować działem koncepcyjnym w dużej agencji multimedialnej. Po napisaniu kilku cieszących się powodzeniem książek dla dzieci i młodzieży zadebiutował jako powieściopisarz w 2006 roku, wydając „Projekt Babilon”. Kolejna powieść z tej serii pod tytułem „Projekt Sakkara” ukazała się drukiem w lutym 2007 roku, część trzecia „Projekt Atlantis” - w lutym 2009 roku. Andreas Wilhelm administruje forum dyskusyjnym tworzonego dla i przez pisarzy. Jego reprezentantem jest agencja literacka Thomasa Schlücka. Meszka z żoną i dwójką dzieci pod Hamburgiem.
PROJEKT BABILONPasterz pasący owce znajduje tajemniczą jaskinię, pokrytą różnymi napisami. Przyciąga go metaliczne, niebieskawe światło. Po chwili wybiega z krzykiem i zbiega w burzę po stromym zboczu. Co zobaczył? On już nie odpowie na to pytanie...
Dwaj eksperci wynajęci do supertajnego projektu ONZ mają zbadać tę sprawę: uporządkowany, stateczny Anglik, profesor historii, archeologii i tropiciel niewyjaśnionych zagadek okultyzmu - Peter Lavell oraz zwariowany i spontaniczny inżynier, poszukiwacz skarbów i francuski Indiana Jones - Patrick Nevreux.
Badacze napotykają same trudności. Mają wielu przeciwników – od mera francuskiego miasteczka, który z niewyjaśnionych powodów nasyła na nich najemników, przez upartą i niebezpieczną Renée Colladon, wielką mistrzynię wolnomularzy, po Asha Modai, okrutnego czciciela Beliala. Tajemniczą jaskinią interesują się wszyscy, nawet... amerykański wywiad wojskowy.
Projekt Babilon, Andreas Wilhelm
Tłumaczenie: Maciej Wysocki
Oprawa: twarda
Format: 132 mm x 210 mm
ISBN: 978-83-7250-394-7
Agencja Wydawnicza Jerzy Mostowski
PROJEKT SAKKARA
„Odnaleźć legendarne źródło mądrości tajemniczego heretyckiego faraona Echnatona!” – oto zadanie, z jakim tym razem musi zmierzyć się fascynujący naukowy tandem, profesor archeologii Peter Lavell i zwariowany poszukiwacz skarbów Patrick Nevreux. Punktem zaczepienia jest papirus skradziony
z grobowca Tutanchamona. Nie trzeba długo czekać... Ekspedycja dwóch naukowców, prowadzona na Rodos, w Kairze, a w końcu w głębokich podziemiach pod Sakkarą, ściąga na siebie uwagę podejrzanych konkurentów: pozbawionego skrupułów tajnego stowarzyszenia i zniewalająco uroczej Melissy należącej do nad wyraz dziwnej sekty…
Projekt Sakkara, Andreas Wilhelm
Tłumaczenie: Maciej Wysocki
Oprawa: twarda
Format: 132 mm x 210 mm
ISBN: 978-83-7250-431-9
Agencja Wydawnicza Jerzy Mostowski
PROJEKT ATLANTYDAWybierz się w ostatnią, najbardziej ekscytującą podróż z dwójką dobrze znanych z poprzednich książek badaczy, Peterem Lavellem i Patrickiem Nevreaux. Odkryj z nimi Atlantydę!
Gdy Patrick Nevreaux znajduje na Jukatanie starodawny kodeks Majów, Peter Lavell odkrywa w Aleksandrii uznany za zaginiony dokument Platona zawierający relację o Atlantydzie. Między tymi znaleziskami istnieje pewien związek, dlatego obaj naukowcy organizują ekspedycję na północny wschód Atlantyku, aby tam, na głębokości ponad trzech tysięcy metrów pod wodą, rozpocząć poszukiwania legendarnej Atlantydy. Tymczasem ich każdy krok jest obserwowany przez armię USA. A co knują bezwzględny kubański poszukiwacz skarbów Nuño Gonzalez i mająca niejasne zamiary dziennikarka Kathleen Denver? Mimo tych przeszkód Peter i Patrick podejmują niebezpieczną wyprawę w morskie głębiny i znajdują tam zdumiewającą spuściznę po cywilizacji, która mogłaby udzielić odpowiedzi pytania związane z zagadkowymi archiwami wiedzy… Ta powieść na wspaniałej podbudowie naukowej jest imponującym punktem kulminacyjnym i zakończeniem naukowej przygody Petera Lavella i Patricka Nevreaux.
Projekt Atlantyda, Andreas Wilhelm
Tłumaczenie: Maciej Wysocki
Oprawa: twarda
Format: 132 mm x 210 mm
ISBN: 978-83-7250-460-9
Agencja Wydawnicza Jerzy Mostowski
Wróć